Etykieta - obowiązkowa pozycja w kanonie lektur codziennych

Fot. gpointstudio/ Shutterstock.com
Choć czytanie listy składników nie należy do ulubionej lektury Polaków, to jednak warto czasem chociaż pobieżnie przeczytać to, co jest tam napisane, żeby bardziej świadomie podjąć decyzję, co wsadzamy do koszyka, a potem do naszej lodówki. O tym, jak temat czytania składu jest dla nas mało istotny, świadczy wiele w ostatnim czasie ujawnionych „afer”, jak to producenci nas trują i oszukują… bo jakiś dziennikarz w końcu przeczytał etykietę i... bomba poszła w górę.

A to zupełnie błędna droga dedukcji. Oczywiście jakiegoś winnego trzeba znaleźć- bo przecież nie ja, biedny konsument, tylko producent chce mnie oszukać, nafaszerować „świństwem” a na koniec wyjechać na Bora-Bora za moje, ciężko zarobione, i na jego produkt wydane pieniądze.



Po pierwsze to MY idziemy do sklepu, a nie sklep do nas, a po drugie to nikt z przystawioną lufą pistoletu nie szantażuje nas przy sklepowej półce do wyboru konkretnego produktu, ani nie przymusza do zapłacenia za niego przy kasie. Oczywiście, producenci, sklepy, spece od sprzedaży stosują różne techniki zachęcenia nas do zakupu, ale i tak ostateczna decyzja należy tylko i wyłącznie do nas.
I tak jak często niektóre praktyki marketingu mix mogą „ubarwiać” rolę i znaczenie produktu w naszej diecie, to najbardziej integralna część każdego produktu - etykieta, a dokładnie lista składników, jest najmniej „sexi”, a jednocześnie najbardziej transparentną drogą komunikacji z konsumentem. Parafrazując znane powiedzenie, że „nieznajomość prawa nie zwalnia nas z jego przestrzega”, tak nieumiejętność czytania etykiet nie uprawnia nas do zbiorowej nagonki na producentów, którzy rzekomo niczym ta kostucha pukają ze składem swoich produktów jak ostrzem kosy do wrót naszego zdrowia i pragną z szybkością pendolino posiąść nasze życie.

Aby bardziej nie pogrążać się w swojej niewiedzy i oddalić widmo kostuchy nauczmy się czytać listę składników. Po pierwsze i po najważniejsze - poświęćmy na to czas. Niestety, większość z nas wpada do sklepu z takim impetem, że pokonując poszczególne alejki w tempie olimpijskim wrzuca do koszyka produkty niczym inż. Mamoń muzykę do swych uszu- wybieramy to co znamy- z przyzwyczajenie, bo nam smakuje, bo uważamy, że ma dobry stosunek „jakości do ceny”, bo dzieciaki lubią…

Czasem wystarczy tylko raz wybrać się na świadome zakupy, by potem już stale powielać zdrowsze wybory lub przynajmniej pochylić się nad innym, nowym produktem, który w ostatnim czasie wywalczył sobie miejscówkę na sklepowej półce.

Kiedy już wyhamujemy, założymy okulary lub zaopatrzymy się w dobrą lupę powiększającą (ok, faktycznie jeszcze wiele produktów ma dość mikroskopijną czcionkę, ale na szczęście nowa ustawa z dnia 13/12/2014 nakazuje umieszczać info na opakowaniach czcionką nie mniejszą niż 1,2 mm) możemy przystąpić do świadomego czytania listy składników. O tym warto pamiętać, jeśli chcemy wybrać to, co najlepsze:

1) Lista składników wypisywana jest w kolejności malejącej, a to oznacza, że na pierwszym miejscu jest składnik, którego w produkcie jest najwięcej, a na ostatnim ten, którego jest najmniej. Czasem nie trzeba czesać całej etykiety, by wybrać to, co najlepsze np. lody ŚMIETANKOWE - co chcemy, aby miały na priorytetowym, pierwszym miejscu - wodę? Mleko? Mleko w proszku? czy może ŚMIETANKĘ…. (wszystkie powyższe wariacje na temat lodów śmietankowych można znaleźć w sklepach).

2) Producent NIE CHCE nas oszukać - wypisując listę składników, a może raczej… nie może. Choć my, konsumenci, słabo czytamy etykiety, to z detektywistyczną precyzją robi to… konkurencja i sanepidy. Ci pierwsi hobbistycznie, ci drudzy zawodowo - sprawdzają zgodność etykiet z prawem i dokonują wyrywkowych kontroli. Jeśli dopatrzą się nieprawidłowości, to nie ma zmiłuj, lepiej więc dla producenta jest być uczciwym (w kwestii etykiet, oczywiście).
3) Nie ma złych produktów - jest tylko zła dieta. Każdy produkt, który został dozwolony do obrotu w kanale spożywczym, NIE MOŻE ZAGRAŻAĆ zdrowiu i życiu konsumenta. Oczywiście to tylko od niego i większej ilości informacji od producenta o odpowiedniej wielkości porcji zależy, czy produkt ten będzie odpowiednim urozmaiceniem codziennej diety.

4) Wszystkie „E” to (nie)zło - boimy się ich, jak diabeł święconej wody, a przecież to dodatki dozwolone do stosowania w żywności, które (zgodnie) z definicją - na stan dzisiejszej wiedzy nie zagrażają zdrowiu i życiu konsumenta. Oczywiście- są takie, które budzą (mniej lub bardziej uzasadnione demony), ale część budzi nieuzasadnioną grozę np. E-300 to zwykła witamina C, a stygmatyzowany glutaminian sodu to substancja, która również naturalnie występuje w pomidorach, grzybach, mięsie a nawet… mleku matki. Oczywiście, trzeba zachować umiar w ich spożyciu, ale po prostu się ich nie bać, a już tym bardziej nie przypisywać im (bez odpowiedniej wiedzy naukowej) negatywnych dla zdrowia właściwości.
5) Nie ma jednoznacznej nomenklatury towaroznawczej produktów - oznacza to, że jeśli wybieramy parówki, to nie ma takiej definicji słowa „parówka”, żeby producent mógł jej użyć. Dlatego istotny dla nas staje się skład. Zobaczmy ile (i jakiego ) mięsa jest na pierwszych pozycjach w parówkach „A”, a ile w parówkach „B”, na którym miejscu jest sól, dodatki, wypełniacze (np. mączka sojowa), ale również takie podstawowe składniki, jak sól czy przyprawy. Czy zawiera fosforany, barwniki… To wszystko może być w myśl prawa w produkcie, ale od nas zależy, czy to wybierzemy.

To na razie podstawy, kolejne poziomy wtajemniczenia „etykietowej lektury” już niedługo.
Trwa ładowanie komentarzy...