„Kamień węgielny” czy „węgiel kamienny”?

Choć brzmią bardzo podobnie, to są to dwie zupełnie inne byty. Poza podobną nazwą nie łączy je absolutnie nic. Na szczęście większość z nas potrafiłaby zdefiniować oba zjawiska, a nawet… odróżnić gołym okiem…

Niestety, nie zawsze ta intuicja jest taka oczywista, i tak jak umiemy odróżnić popularny środek opałowy i pamiątkowy dokument wmurowywany w istotne dla życia publicznego budowle, to konia z rzędem temu, który bezbłędnie zdefiniuje ( i daj Boże rozpozna na sklepowej półce) chleb pełnoziarnisty i wieloziarnisty (a ostatnio nawet nowy piekarniczy hicior - chleb… czystoziarnisty) Hę? Chleb pełnoziarnisty powstaje z ziaren pełnego przemiału, czyli mamy tam całe dobrodziejstwo zbóż – mąkę, zarodek i otoczkę, czyli najcenniejsze w naszej diecie źródło błonnika nierozpuszczalnego. To on „czochra” nasze jelita wspomagając trawienie, utrzymanie ładnej sylwetki, a przede wszystkim jest doskonałą prewencją różnych nowotworów.



A, tak przy okazji, chleb z pełnego ziarna (klasyczny razowiec) choć przygotowywany najprościej jak się da- zmielone całe ziarna + sól+ woda + zakwas lub drożdże będzie… najdroższym chlebem w piekarni. Paradoks, ale … „sorry, taki mamy klimat”- chcesz zdrowia- płać i nie ma, że boli.

Produkt wieloziarnisty to dla mnie epistolarny majstersztyk mydlenia oczu nieświadomym konsumentom. Brzmi podobnie , bo i konotacje do pełnoziarnistego bliskie, a dietetycy i żywieniowcy używają wszędzie słowa „pełnoziarnisty”, niczym niektórzy w zwykłych zdaniach przerywnika na „k”. Już nawet jak nie chcemy, to i tak uwierzymy, że to zdrowe.

Produkt wieloziarnisty to na ogół pieczywo z jasnej, oczyszczonej mąki, podrasowane karmelem na kolor brązowy, aby dodatkowo wzmocnić przekaz, że to „prawie jak razowiec”- ten zły, niedobry, niesmaczny, kwaśny, ale zdrowy. Słowo „prawie”, jak w rzadko którym przypadku, tutaj robi megaróżnicę.

No wiec jak już mamy ten zafarbowany i wybielony chleb (jakiś oksymoron) to trzeba jakoś dobudować ideologię do „ziarnisty” i do „wieloziarnisty”… nic prostszego … POSYPMY po wierzchu KILKOMA ZIARENKAMI słonecznika lub dyni ! Eureka! Może być nawet homeopatyczna ilość tych ziarenek (przecież nie będziemy inwestować w zdrowie konsumenta, tylko na nasze letnie wakacje w Tunezji. Helołłł??) No i mamy chleb- wizualnie wygląda, a słownie brzmi zdrowo, żywieniowo - nie ma dla na żadnego znaczenia, a właściwie ma, negatywne :(

A który Ty chleb codziennie wybierasz?
Mój drugi hit sklepowej półki to „jogurt brzoskwiniowy” i „jogurt o smaku brzoskwiniowym”, niby podobnie, dwa kluczowe dla konsumenta słowa „jogurt” i „brzoskwinia” są? Są! A różnica miedzy nimi jest dokładnie taka sam, jak miedzy wspomnianym wyżej węglem i kamieniem. Ten pierwszy jogurt powinien mieć w swoim składzie brzoskwinie, drugi… wystarczy że zawiera żółty barwnik i odpowiedni aromat. Który chcieliśmy wrzucić do naszego koszyka zakupowego, a potem z rodzicielską atencją i miłością zaserwować np. dziecku?

A, no i oczywiście trzeba znaleźć winnego. No przecież nie ja, to producenci - „złe człowieki” mnie oszukują! Kabzę mymi pieniędzmi i kosztem mego zdrowia chcą nabić!

Czy aby na pewno? Czy ktoś przystawia nam w sklepie pistolet do głowy? Pakuje nam na siłę produkty do koszyka? A może to my idziemy do sklepu.. a może to sklep przychodzi do nas nie wycierając butów o wycieraczkę?

Za wszystkie wybory żywieniowe odpowiadamy my! Nie zwalnia nas ze świadomych zakupów ani brak czasu, ani mała czcionka na opakowaniu, ani pośpiech, ani wybieranie reklamowych bestsellerów , ani promocje cenowe.

To Ty jesteś kapitanem, sterem i okrętem świadomych zakupów żywieniowych.

A przecież częściej i dokładniej „przeczesujemy” ulotki kremów do twarzy czy skład i możliwości nowej, podrasowanej benzyny do naszego autka, by śmigało jak petarda, gdy nam zabraknie tych sił i energii, bo nie zainwestowaliśmy w zdrowie w odpowiednim czasie.
Trwa ładowanie komentarzy...