O autorze
Absolwentka Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz podyplomowych studiów pedagogicznych. Należy do wąskiego grona diet coach’ów certyfikowanych w Polsce przez Instytut Psychoimmunologii Wojciecha Eichelbergera. Swoją karierę w Nestlé rozpoczęła w Dziale Serwisu Konsumenta, gdzie – jako ekspert firmy – udzielała m.in. porad dietetycznych. Obecnie, jako Starszy Specjalista ds. Żywienia w Nestlé Polska S.A., współtworzy komunikację żywieniową dla produktów Nestlé. Dodatkowo prowadzi szkolenia w zakresie zdrowego żywienia (dla dziennikarzy, pracowników firm, innych dietetyków) oraz wspiera żywieniowo firmę L’Oreal w temacie nutrikosmetyków. Liderka I edycji projektu żywieniowego skierowanego do studentów dietetyki w całej Polsce, realizowanego w ramach międzynarodowej strategii Nestlé Nutrition, Health&Wellness.
Autorka wielu artykułów na temat żywienia publikowanych w tytułach prasy kobiecej i parentingowej. Współautorka (razem z Pauliną Smaszcz-Kurzajewską) książki „Mama i tata to my”, na łamach której obala wiele żywieniowych mitów. Uczestniczka, w roli prelegenta, szeregu konferencji poświęconych żywieniu i zdrowiu człowieka w całej Polsce.
Zdrowie i racjonalne odżywianie to nie tylko jej zawód, ale też pasja. Uzależniona od antyoksydantów w postaci herbaty i kawy oraz od wieczornych transcendentalnych rozmów o życiu z synem Jankiem. Uwielbia książki Milana Kundery, muzykę Boba Marleya i tort czekoladowy Pischingera.

„Czy Jezus miał szkorbut?”

Jak co roku, jakaś „hit dieta” sponsoruje wszelkiego rodzaju media, czyści kieszenie (i przewód pokarmowy) wielu odwiecznie poszukujących sposobu na bezbolesne odzyskanie (albo wręcz zdobycie) idealnej figury. Niestety każda kolejna "dieta cud" przynosi rozczarowanie, a w związku z tym trzeba wymyślić nową, zrobić mały ferment w internecie, najlepiej dodać jeszcze szczyptę celebrytów „na których to działa”, popełnić niezwykle poczytną książkę (najlepiej z przepisami) i kolejny rok z głowy (również dla nas, dietetyków, którzy potem muszą „reanimować” żywieniowo ofiary kolejnej modowej diety).

A, i najlepiej, żeby dietę tą nazwać swoim nazwiskiem- nie ważne jak fluktuacyjne będą „ochy” i „achy” przeplatane niecenzuralnym hejterstwem, ale ważne, żeby stać się gwiazdą choć jednego sezonu. Przerabialiśmy już dietę Kwaśniewskiego, dietę Atkinsa, dietę Dukana, dietę Dąbrowskiej, dietę Montignaca…



Ostatnio jednak sama zastosowałam sobie (trochę nieświadomie) dietę… Jezusa. Była oparta na czterech produktach - rybach, chlebie, oliwie i winie.

Muszę przyznać, że komponowanie posiłków na bazie tych produktów nie wymaga specjalnych zdolności kulinarnych. Jest zdrowa, bo oparta na przaśnym chlebie (czytaj: razowym na naturalnym zakwasie), który to zgodnie z zaleceniami Piramidy Żywieniowej powinien być podstawą diety. Do tego oliwa z oliwek - naturalne źródło kwasów tłuszczowych Omega-3 oraz witamy E (dla zdrowia - czyści tętnice ze złogów cholesterolu, i dla urody - przecież to witamina piękności). Ryby morskie (w końcu takie rybołówstwo uprawiał Jezus z kolegami) - to doskonałe źródło łatwo przyswajalnego białka i jodu (zapobiega chorobie zwanej kretynizmem - wow!). Ryby są lekkostrawne, mają korzystne dla serca tłuszcze… można więc rzec, że to samo zdrowie.

W diecie Jezusa nie dopatrzyłam się jedynie źródła witaminy C. Wszystko wskazuje więc na to, że mógł mieć szkorbut. Nikt tego faktu z jego życia jakoś nie odnotował, bo zasadniczo mało istotny i ważny na tle innych dokonań. A może wszyscy mieli szkorbut i to była norma?

Przechodząc płynnie do… wina (przypomnijmy, że grzechem nie jest pić, ale upijać się, i to nie jest tylko moja nauka :)

Jezus sięgał po ten napój we wszystkich możliwych okolicznościach dnia codziennego, a nawet nadał mu mistyczne znaczenie. Trudno by mu jednak było, nawet jakby bardzo chciał być poprawny żywieniowo, aby zaczerpnął wody prosto z Jordanu i nią zaspokoił pragnienie. Myślę (i mama też mu to pewnie w dzieciństwie powtarzała), że mógłby to boleśnie odchorować. Rotawirus czy salmonella to „małe miki” w porównaniu z drobnoustrojami zasiedlającymi w gorącym klimacie akweny wodne (dla tych mniej znających geografię - Jerozolima leży w strefie gorącej).

Wracając (znów płynnie) do tematu wina - czerwonego, bo z takich winogron popełniano kiedyś ten popularny trunek - to spożywany w umiarkowanych ilościach ma potwierdzone naukowo prozdrowotne działanie. Zawarte w nim polifenole mają działanie antyrodnikowe, zmniejszają ryzyko zawału. Dzięki zawartości garbników wino sprzyja prawidłowej pracy układu pokarmowego. Spożywane podczas posiłków, zwiększa wydzielanie śliny i produkcję enzymów trawiennych oraz poprawia ukrwienie układu.

Dobrodziejstwo tego trunku jest… przebogate, ale wiele badań potwierdza, że możemy ich doświadczyć, degustując je w umiarkowanych ilościach. Propozycja tego kieliszka nie powstała chyba za czasów Jezusa, ale na pewno nie przekraczał On granicy „don’t ask”, bo przecież zawsze był otwarty na rozmowę z każdym i o każdej porze.

Może tak, jak i On, jego dieta przetrwa dłużej niż jeden sezon?
Trwa ładowanie komentarzy...