O autorze
Absolwentka Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz podyplomowych studiów pedagogicznych. Należy do wąskiego grona diet coach’ów certyfikowanych w Polsce przez Instytut Psychoimmunologii Wojciecha Eichelbergera. Swoją karierę w Nestlé rozpoczęła w Dziale Serwisu Konsumenta, gdzie – jako ekspert firmy – udzielała m.in. porad dietetycznych. Obecnie, jako Starszy Specjalista ds. Żywienia w Nestlé Polska S.A., współtworzy komunikację żywieniową dla produktów Nestlé. Dodatkowo prowadzi szkolenia w zakresie zdrowego żywienia (dla dziennikarzy, pracowników firm, innych dietetyków) oraz wspiera żywieniowo firmę L’Oreal w temacie nutrikosmetyków. Liderka I edycji projektu żywieniowego skierowanego do studentów dietetyki w całej Polsce, realizowanego w ramach międzynarodowej strategii Nestlé Nutrition, Health&Wellness.
Autorka wielu artykułów na temat żywienia publikowanych w tytułach prasy kobiecej i parentingowej. Współautorka (razem z Pauliną Smaszcz-Kurzajewską) książki „Mama i tata to my”, na łamach której obala wiele żywieniowych mitów. Uczestniczka, w roli prelegenta, szeregu konferencji poświęconych żywieniu i zdrowiu człowieka w całej Polsce.
Zdrowie i racjonalne odżywianie to nie tylko jej zawód, ale też pasja. Uzależniona od antyoksydantów w postaci herbaty i kawy oraz od wieczornych transcendentalnych rozmów o życiu z synem Jankiem. Uwielbia książki Milana Kundery, muzykę Boba Marleya i tort czekoladowy Pischingera.

„Kto talerzem wojuje od talerza ginie ”

25/10/2014 nastał dzień zemsty. Co prawda to dzień urodzin mojego męża, ale i czas rodzinnej imprezy. Choć tym razem zupełnie spontanicznie, bo mąż z tych, co nie lubi celebrować kolejnych wiosen, a właściwie chyba… jesieni, to jednak synowa i córka (dwa w jednym) podjęła decyzję, by rodzinę w postaci rodziców i teściów skrzyknąć na wspólne 100-laaat, 100 laaaat…

Najpierw panika. Co kulinarnego popełnić? Z jednej strony znam się na żywieniu, ale to nie znaczy, że znam się na gotowaniu (choć moja mama nadal uważa, że jedno powinno iść w parze z drugim, bo zasadniczo, czego mnie przez te 5,5 roku studiów TAM uczyli). Dobra, jest w repertuarze kilka popisowych dań (na nie podobno przez żołądek do serca złapałem męża. Dobrze, że szybko dał się złapać, bo lista „bestseller’ów” szybko się kończyła :) No więc w sobotni poranek stoję przed dylematem, czy iść w znane klimaty- będzie szybko, łatwo i pewnie, czy może odpalić mój ulubiony portal „kwestia smaku” i zainspirować się czymś oryginalnym (zaskoczyć Teściową po 12 latach małżeństwa z jej synkiem- bezcenne). Od kiedy znam ten portal nic z niego nie ugotowałam. Potrawy tak, jak piękne są na zdjęciach, tak nie osiągalne dla mojego beztalencia kulinarnego.
No więc tym razem będzie mix przebojów, coś z klasyki, coś z sezonowości, coś z kuchni fuzion, coś a’la radosna twórczość, każdy znajdzie coś dla siebie, a jak nie, to zastosuję metodę Mamy i Teściówki… „Co Agniesiu, nie smakuje Ci? No zjedz jeszcze troszkę, proszęęęęęęęęęęęęę !!!”
Na klasykę składają się: schabowy z kurczaka (żeby było dietetycznie), ziemniaki gotowane (klasycznie), surówka z marchewki z jabłkiem (podróż sentymentalna do czasów dzieciństwa), na sezonowość: zupa z dyni (bo promocja w Biedronce 0,99 kg :) a na fuzion: z dodatkiem szynki parmeńskiej (a kto bogatemu zabroni) i sernik z przepisu na masie kajmakowej (syn potrzebował na zajęcia kulinarne do szkoły masę kajmakową, a kupując dwa opakowani było taniej :)- Polak potrafi. Ja zasadniczo ze słodyczy najbardziej lubię śledzia, więc ta dodatkowa masa kajmakowa trochę bruździ mi teraz w lodówce. Będzie sernik!
No po prostu „miodzio z boczkiem”. Też czasem nie pojmuję swojej zajebistości, ale przy moim antytalencie kulinarnym wszystko wyszło jak ta lala. Przy zupie wykazałam dużą elastyczność i dowolność porcji i dodatków, ale przy schaboszczaku nie ma zmiłuj:-„Mama jeszcze weźmie, nie smakuje mamie?”, „Tata jeszcze weźmie, no tak się starałam (staropolską tradycją do teścia i taty mówię TATO), co w tej sytuacji zmusiło obu panów do dodatkowej porcji- tatuś nie odmówi córeczce (teść ma zasadniczo tę 35 letnią „córkę” dopiero od 12 lat, więc stosuje mniej konwenansów)
Kawa? Herbata? Melisa? Mięta? Full service, bo teraz wjedzie na stół sernik- pół na pół tradycyjny z masą kajmakową na spodzie z piernikowych ciasteczek, polane dla dysonansu sensorycznego kwaśnawą frużeliną z wiśni i dla dekoracji- listkami mięty. Jakby człowiek mógł jeść TYLKO oczami, to ja to łykam. Ale muszę zjeść z współbiesiadnikami, by nie pomyśleli, że jakiś arszenik podany jest z tą serową ambrozją.
Odstrzeliły pierwsze guziki w spodniach, mama z teściową dzielą się pod stołem skitranym w torebce specyfikiem na wątrobę i szybsze trawienie. „Mamy się jeszcze częstują, no… chyba że nie smakuje ”
„Już nieee??? O jaka szkoda :( dostaniecie na wynos”- i tak to obie rodziny z Warszawy stały się lokalnymi "słoikami" opuszczając moje mieszkanie z naręczem niezjedzonych wiktuałów. Jako i ja to czynię w każdy weekend roku pańskiego opuszczają progi jednego lub drugiego domostwa.
Kocham kuchnię mojej mamy i teściowej, każda z nich ma swoje specjały na które czekam z utęsknieniem, ale NIE NAWIDZĘ tego szantażu emocjonalne „no zjedz jeszcze”, wolę zabrać w słoiki i dzielić racjonalnie na kilka posiłków dla mojej trzyosobowej rodziny.
Co tydzień jednak przerabiam to samo, co ja im zafundowałam minionej soboty. Trochę satysfakcji, ale już widzę siebie za tydzień po cmentarnym maratonie, kiedy usłyszę „No zjedz jeszcze, nie smakuje Ci?????”
Trwa ładowanie komentarzy...